Była noc. Trzy zakapturzone postacie przemierzały korytarz, szukając odpowiednich drzwi. W końcu znalazły.
-Alohomora!- wypowiedział jeden z nich. Zamek zaświecił się delikatnie i cicho kliknął. W końcu mogli wejść do środka. Otworzyli drzwi i ujrzeli śpiącą parę. Unieśli różdżki do góry. W tym samym czasie kobieta obudziła się i ujrzała trzy postacie celujące w nich różdżkami. W powietrzu uniósł się damski krzyk połączony ze spokojnym męskim głosem, oznaczającym zielony błysk i koniec dwojga ludzkich istnień.
Otworzyłam oczy, czując przyspieszone bicie serca. Byłam zlana potem, bałam się spojrzeć na boczną ścianę, gdzie znajdowały się drzwi. Złapałam James za rękę i ścisnęłam ją delikatnie. W odpowiedzi usłyszałam jedynie chrapnięcie.
Spokojnie Lily. To tylko sen, na dole śpią rodzice Jamesa, gdyby coś się działo, słyszałabyś krzyki. Poza tym dom jest zabezpieczony zaklęciami i nie da się tu od tak sobie wejść. Śmierciożercy znają sposoby, nie łudź się- usłyszałam cichy głosik w swojej głowie.
Powoli usiadłam na łóżku i złapałam nogi w kolanach, przyciągając je do klatki piersiowej. Rozejrzałam się po pokoju. W ciemności widziałam jedynie zarys mebli, żadnych podejrzanych cieni.
Tak było już od trzech tygodni. Ciągle ten sam sen, jakby proroctwo. Rozmawiałam o tym z Dumbledorem, ale on uważa, że to nic ważnego. Po prostu boję się. Teraz każdy odczuwa strach. Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać wraz ze swoimi poplecznikami mordują każdego, kto nie chce się do nich przyłączyć; polują na zdrajców krwi, mugolaków i mugoli. Ja również byłam w niebezpieczeństwie, choć James powtarzał mi ciągle, że póki jesteśmy razem nie mam się o co martwić. Wolne żarty. Jestem przerażona każdym ustępstwem od normalności, choć przed znajomymi staram się unikać okazywania strachu. Wolę, żeby wszyscy widzieli we mnie pociechę, aniżeli mielibyśmy wszyscy zgnić dzięki umiejętnie zasianych w nas ziarnach strachu.
Odkryłam kołdrę po swojej stronie i powoli zwlekłam się z łóżka, uważając, by James się nie obudził. Na palcach podeszłam do okna; usiadłam na parapecie.
To była wyjątkowa, sierpniowa noc. Spadające gwiazdy okalały niebo niczym wystrzelone z milionów różdżek złote iskry; wpatrywałam się w to dzieło kosmosu jak zaczarowana. W takich chwilach ciężko było uzmysłowić sobie, że gdzieś tam na ziemi inni ludzie widzą to piękno jako ostatnią rzecz w swoim życiu. Jednak, kiedy oderwie się wzrok od meteoru, przychodzi zmierzyć się z codziennością.
Westchnęłam cicho i spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta. Powinnam przespać się jeszcze jakieś trzy godziny; jutro czekał mnie ważny dzień, mam rozpocząć praktyki w Świętym Mungu.
Bycie uzdrowicielką to moje marzenie, szczególnie istotne w czasach, w jakich przyszło mi żyć. Tyle rannych czarodziejów potrzebuje natychmiastowej pomocy, a brakuje osób, którzy mogliby im pomóc. Dlatego postanowiłam zgłosić się do Munga i oddać ludziom. Wszyscy moi znajomi uważali, że to wspaniały pomysł, bo od zawsze uwielbiałam pomagać. Natomiast James cieszy się, że wybrałam uzdrowicielstwo zamiast aurorstwa, które było moim pierwszym planem, a z którego zrezygnowałam, kiedy w Proroku Codziennym przeczytałam artykuł głoszący o ofiarach Śmierciożerców i braku uzdrowicielów.
Odwróciłam się gwałtownie, kiedy James wymruczał coś przez sen, przekonana, że ktoś oprócz nas tu jest, jednak pomyliłam się. Ostatnie doniesienia o atakach sprawiły, że stałam się bardzo przewrażliwiona. Zerknęłam jeszcze raz na gwiazdy, potem na pustą ulicę w Dolinie Godryka i położyłam się na łóżku, tuląc do miłości mojego życia. Zamknęłam oczy.
-Lily, pora wstać- poczułam na swoich ustach delikatny pocałunek. Otworzyłam oczy i na powitanie oślepiło mnie światło zwiastujące słońce na niebie. Jak zaczarowana wyswobodziłam się z objęć Jamesa i podeszłam do okna.
-Żadnych chmur. Pierwszy raz od dwóch tygodni jest taka piękna pogoda!- zachwyciłam się, wystawiając twarz do słońca.
-Dziś będzie dobry dzień- młody Potter objął mnie w pasie od tyłu- przygotowałem ci śniadanie.
-To miło z twojej strony- odwróciłam się w jego stronę i delikatnie ucałowałam jego policzek, a następnie wzięłam różdżkę do ręki.
-Accio fartuch praktykanki- wymruczałam, celując w stronę kufra stojącego w rogu pokoju. W momencie w moich rękach pojawiły się pożądane przeze mnie ubranie. Włożyłam je na siebie szybko i usiadłam na łóżku, biorąc do rąk tacę z jedzeniem.
-Twoi rodzice są jeszcze w domu?- zapytałam.
-Nie, teleportowali się już do ministerstwa- poczułam, że James siada obok mnie- Na pewno chcesz patrzeć na tych wszystkich chorych ludzi?
Przez chwilę panowała cisza.
-Jeśli myślisz, że zasiejesz we mnie niepewność i postanowię zostać w domu, to się mylisz, Jamesie Potterze- ugryzłam kawałek tosta.
-Co jeśli ktoś zastawi pułapkę?
-Zmieniłeś się, James albo jesteś nadopiekuńczy. Sam zawsze powtarzałeś, że bez ryzyka nie ma zabawy.
-To było w szkole, Lily!- zdenerwował się- teraz jesteśmy w prawdziwym świecie, Dumbledore nie siedzi na dole w salonie i nie pije sobie herbatki, nikt za nami nie stoi! Musimy radzić sobie sami, a ludzie giną!
Odłożyłam tacę na szafkę i ogarnęłam wzrokiem praktycznie dorosłego już mężczyznę.
-Posłuchaj mnie teraz uważnie- spojrzał na mnie spode łba- teraz najważniejsze jest, żebyśmy trzymali się razem, a nie kłócili. Ty zdecydowałeś się zostać aurorem, a ja- chociaż cholernie się o ciebie boję- akceptuję to. Równie dobrze możemy zginąć w domu, siedząc przed kominkiem.
Westchnął.
-Idź już, bo się spóźnisz, Evans- nadal był wyraźnie przejęty całą sytuacją. Czułam napięcie nagromadzone w pokoju.
-Miłego dnia, Potter- pocałowałam go w policzek i wyszłam przed dom. Zanim się teleportowałam, ujrzałam Jamesa stojącego w oknie i patrzącego na mnie ze smutkiem wymalowanym na twarzy.
Coś ukuło mnie w sercu.
Podeszłam do lady, za którą siedziała znudzona już sekretarka Świętego Munga. Wyglądała na góra trzydzieści lat, ale miała bardzo nieprzyjemny wyraz twarzy.
-Lily Evans, pierwszy dzień praktyk- wymruczałam, uprzedzając pannę Mason, jak głosiła plakietka na jej piersi. Wyjęłam mały kartonik z danymi z torby i położyłam go na ladzie.
-Ach, tak- pracowniczka zerknęła tylko na niego i zapisała coś w swoim notesiku- sala numer piętnaście, gabinet doktor Agnes Dawlish.
-Dziękuję- założyłam na szyję identyfikator i ruszyłam przed siebie, szukając odpowiedniego pomieszczenia.
Święty Mung był teraz oblegany przez czarodziejów o najróżniejszych ranach. Przerażające było patrzeć, jak ktoś szedł z jednym okiem zamiast dwóch, z trzema głowami wyrastającymi z klatki piersiowej i podgryzającymi swego właściciela, na dzieci, które płakały, bo zamiast nóg miały dzbanki. Śmierciożercy bawili się przy tym wspaniale. Wzdrygnęłam się.
-Panna Evans?- spojrzałam w stronę, z której dobiegał głos- jestem doktor Dawlish, zapraszam.
Agnes Dawlish wyglądała na zmęczoną życiem kobietę. Miała około sześćdziesiąt lat i mnóstwo zmarszczek na twarzy; brązowe oczy, krótko ostrzyżone ciemne włosy. Była niską, ale szczupłą kobietą.
-Pierwszy przypadek, jakim się zajmiesz, to mugol wymiotujący osami. Podaliśmy mu eliksir uodporniający na jad, ale nadal odczuwa ból związany z użądleniami- poinformowała mnie, kiedy weszliśmy do sali numer dwanaście, jak zdążyłam zauważyć- ja muszę zająć się cięższymi przypadkami, więc nadzorować się będzie doktor Dearborn.
Dawlish oddaliła się; to, co zobaczyłam, przyprawiło mnie o współczucie. Biedny, na oko siedemnastoletni, chłopak płakał, kiedy każda kolejna osa wylatywała z jego ust. Podeszłam do niego.
-Nie martw się, zaraz ci pomogę- podeszłam do szafy z napisem "eliksiry powstrzymujące". Zamyśliłam się chwilę. Dalej, Lily, wiesz, co masz robić. Przypomnij sobie, czego nauczyłaś się u Slughorna, a potem u Ester Simpson na zajęciach doszkalających.
Małe przedmioty, które człowiek wydala za pomocą odruchu wymiotnego, można podzielić na kilka rodzajów:
kręgowce- wybieramy eliksiry powstrzymujące pierwszego stopnia, bezkręgowce- eliksiry powstrzymujące drugiego lub trzeciego stopnia: jeśli ciało bezkręgowca jest duże- drugiego stopnia, a jeśli jest drobne- trzeciego, przedmioty nieożywione...
Tak, wiem! Czym prędzej wyjęłam eliksir trzeciego stopnia i stanęłam przed młodzieńcem.
-Może ci nie smakować, ale musisz spróbować to połknąć. Wtedy przestaniesz wymiotować- powiedziałam spokojnie do niego. Jego przestraszone oczy wodziły po mojej twarzy.
-Przyjmiesz lek?- zapytałam, uśmiechając się do niego delikatnie. Kiwnął głową. Wyczarowałam szklankę, wlałam do niej wywaru i podałam mu. W przerwie między osami wylatującymi z jego buzi, skosztował. Zakrztusił się trochę, ale dwie minuty później żaden owad nie wyleciał już z jego buzi.
-Wspaniale, panno Evans!- nawet nie zorientowałam się, że w sali był również doktor Dearborn, o którym mówiła Dawlish- teraz musi pani rzucić na niego zaklęcie zapomnienia.
Znieruchomiałam.
-Myślałam, że tym zajmują się w Ministerstwie- wykrztusiłam.
-Gdzie ja jestem? Co się dzieje?- zapytał cichym głosem chłopak, wstając gwałtownie z krzesła.
-Petrificus totalus!- zawołał Deaborn, celując w mugola- panno Evans, myślę, że nie zapoznała się pani z nowym dekretem Ministerstwa Magii- skarcił mnie- zarządzenia medyczne, dekret numer tysiąc dwieście trzydziesty szósty mówiący o przejęciu przez uzdrowicieli pieczy nad zranionymi mugolami w sposób następujący: rzucanie zaklęcia zapomnienia. Panno Evans, Ministerstwo zajmuje się teraz łapaniem śmierciożerców, a nie siedzeniem z mugolami. Oni jedynie odprowadzają ich do domów.
- R-rozumiem- powiedziałam.
-Jeśli rzuci pani to zaklęcie, dostanie pani Wybitny za pierwszą pomoc- oznajmił doktor, patrząc na mnie wyczekująco. Wypuściłam ze świstem powietrze i podeszłam do młodzieńca.
Skup się Lily, dasz radę. Czytałaś o tym. Każde machnięcie to godzina z pamięci pacjenta.
-Ile godzin?
-Cztery.
-Obliviate!- zawołałam. Młody mugol spojrzał na mnie zamglonymi oczami. Schowałam różdżkę. Dearborn wyszedł na chwilę z pomieszczenia, a po chwili pojawił się z dwoma ubranymi po mugolsku mężczyznami.
-Dziękujemy, teraz my się nim zajmiemy- pracownicy z Ministerstwa zabrali go bocznymi drzwiami.
Westchnęłam.
-Bardzo dobrze się pani spisała, panno Evans- Dearborn podszedł do mnie i poklepał mnie po ramieniu- tutaj ma pani kartę z oceną. Jeśli przez najbliższe siedem dni zdobędzie pani co najmniej dziesięć Wybitnych, przechodzimy do trudniejszych przypadków.
Resztę dnia spędziłam na podawaniu eliksirów ludziom o podobnych dolegliwościach. Ze stresu raz zdarzyło mi się sprawić, że zamiast wystających z ciała kolców kobiecie zaczęły wystawać kości, ale szybko to poprawiłam. Zakończyłam dzień z dwoma Wybitnymi. Byłam z siebie dumna.
Kiedy weszłam do domu Jamesa, byli w nim tylko jego rodzice.
-Lily!- zawołała pani Potter na powitanie, uśmiechając się- jak poszedł ci pierwszy dzień w Świętym Mungu?
-Dobrze, na razie zajmuję się lekkimi przypadkami, ale to i tak jest wystarczająco stresujące- oznajmiłam.
-Zrobiłam kolację. James powinien wrócić lada chwila- zobaczyłam na jej twarzy jakieś dziwne spięcie.
-Stało się coś?- zmarszczyłam brwi.
-Nie, nic się nie stało. Usiądźmy już do stołu, zaraz powinien się zjawić.
-Zaraz wrócę- wyszłam z pomieszczenia, kierując się do łazienki w celu odświeżenia.
Końcówka sierpnia była wyjątkowo upalna. Termometry wciąż pokazywały trzydzieści stopni, ale dzisiaj było wyjątkowo gorąco, bo pierwszy raz od jakiegoś czasu świeciło słońce.
-Lily!- usłyszałam wołanie Jamesa. Związałam włosy i wróciłam do salonu. Zdziwiłam się, widząc niezapowiedzianego gościa.
-Dobry wieczór, profesorze Dumbledore- wykrztusiłam z siebie zdziwionym tonem.
-Ach, Lily, nie jesteś już moją uczennicą. Mów mi Albusie- dyrektor uśmiechnął się do mnie- zasiądźmy do stołu. Usiadłam obok Jamesa, obdarzając go pytającym spojrzeniem. Kiwnął głową, nakazując mi słuchać.
-Doreo, Charlusie, Jamesie i Lily- Dumbledore omiótł wszystkich nas badawczym spojrzeniem znad swoim okularów połówek. Matka Jamesa przywołała różdżką jedzenie z kuchni. Dyrektor nie zwrócił na to uwagi.
-Zapewne zdajecie sobie sprawę z niebezpieczeństwa ze strony Lorda Voldemorta- zaczął- i jego popleczników, tak zwanych Śmierciożerców. Ministerstwo Magii, Charlusie musisz mi to przyznać, nie daje sobie z tym rady- głowa rodziny tylko kiwnęła głową- dlatego postanowiłem działać. Nie będę przedłużać. Założyłam organizację walczącą z ciemną stroną. Zakon Feniksa. Jest już kilku członków, ale dalej werbuję czarodziejów. Uważam, że jesteście odpowiedzialnymi i dobrze znającymi się na czarach ludźmi. Dlatego zadaję wam dzisiaj to pytanie: czy zgodzicie się dołączyć do Zakonu?
W oczach dyrektora Hogwartu pojawił się błysk. Coś jakby... nadzieja? Pewność? Nie potrafiłam tego zinterpretować.
-Jestem gotowy podjąć walkę, Albusie- oznajmił Charlus.
-Ja również- pani Potter ścisnęła dłoń swojego męża- ale uważam, że James i Lily są na to za młodzi.
Miała rację, ale śmierć o wiek nie pyta.
-Mamo!- obruszył się mój ukochany- jestem już pełnoletni i pozwól, że sam zadecyduję.
-Albusie, proszę- Dorea spojrzała błagalnie na dyrektora.
-Cóż ci na to poradzę, moja droga, że z kociołka wylał się już eliksir i nie można tego cofnąć? James jest pełnoletni. No i- tu zawahał się- śmierć jest wszędzie i myślę, że każdy prawdziwy czarodziej wolałby zginąć w walce niż siedząc bezczynnie w domu.
Z oczu matki Jamesa popłynęły łzy, kiedy zadeklarował się na członka Zakonu. Dumbledore spojrzał na mnie przyjaźnie.
-Zwyciężymy- oznajmiłam, uśmiechając się nieśmiało do starca.
-Bardzo podoba mi się twój entuzjazm, Lily- mężczyzna wstał- skontaktuję się z wami w sprawie zebrania Zakonu. Uważajcie na siebie!
-Nie zostaniesz na kolację, Albusie?- zapytała Dorea.
-Na pewno byłaby to wspaniała wyżerka, ale przykro mi. Mam parę innych spraw do załatwienia.
Kilka chwil później usłyszeliśmy trzask teleportacji.
Kolacja minęła w grobowej atmosferze. Wymieniliśmy pomiędzy sobą jedynie kilka niezobowiązujących słów.
Świadomość bycia jeszcze bliżej wojny wydawała się być przerażająca, ale i motywująca.
***
Pierwszy rozdział za mną! Pozdrawiam. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz